W poniedziałek dotarłem do Sucre - konstytucyjnej stolicy Boliwii. Wyczytałem w przewodniku, że z dworca autobusowego do centrum jeżdżą minibusy nr 3. Akurat jeden z nich podjechał. Wsiadłem. Jadę już dobre 15 minut, jakoś nic mi tu na centrum nie wygląda, jak zobaczyłem jakieś peryferia miasta i to, że zostałem sam w busie, wiedziałem, że zajechałem za daleko. Bus zatrzymał się i kierowca zapytał po hiszpańsku: gdzie chciałeś dojechać, ja że centro, no i oboje zaczęliśmy się śmiać. Powiedział, że za 5 minut rusza z powrotem (to zrozumiałem). Pomyślałem, że skoro wie gdzie chce wysiąść to mi powie, ale on nie powiedział i na dodatek jechał inną trasą. A uświadomiłem to sobie, jak zobaczyłem....dworzec autobusowy. Byłem więc w punkcie wyjścia i straciłem na to godzinę. Zrobiłem podejście nr 2, tym razem czujnie z mapą kontrolowałem trasę i udało mi się wysiąść w odpowiednim miejscu. Dotarłem do mojego hostelu. Rezerwację miałem zrobioną przez hostelbookers i tym razem właściciel powitał mnie słowami: ola Marius, no jak się ma 5 pokoi do wynajęcia i jedyny przyjazd w tym dniu, to można zapamiętać imię gościa. Pomylił tylko kraje, bo wziął mnie za Australijczyka. To najlepszy nocleg, jaki miałem w Boliwii, fajny pokój, z okna widok na park. Jedynka - 20 zeta. Ogólnie Sucre przypadło mi do gustu, miałem 2 dni na szwędanie się po mieście, oczywiście główny plac, kościoły, targ - to tutaj standard. Ale mnie to miasto będzie kojarzyć się z ciastem, tak, na targu u pewnej pani kupowałem codziennie niesamowitą tartę. Mucho bueno.
W środę o 20.00 miałem nocny autobus do Cochabamby (9 godzin). Że też zawsze w nocnych autobusach trafiają mi się stare Indianki na siedzeniu obok. Chociaż ta tym razem nie parła na mnie. Na miejscu byłem o 5.00 rano i tak przyciąłem komara, że kierowca mnie budził na dworcu jak już nikogo nie było w autobusie.
Wypiłem kawę i poczekałem do 6.00 potem ruszyłem w poszukiwaniu noclegu. Znalazłem, znowu za 20 zeta w samym centrum miasta. Szybki prysznic i spanie do 11.30.
Cochabamba słynie z ogromnego posagu Chrystusa (34,20 m), większego niż ten w Rio de Janeiro, ale już nie największego na świecie dzięki "naszemu" w Świebodzinie. Na górę wyjeżdża kolejka gondolowa - koszt niecałe 4 PLN w dwie strony.
W piątek rano powrót do La Paz, tam nocleg i w sobotę wyjazd do Peru.
Ale sobie zrobiłem pożegnanie Boliwii, że niech mnie...
Wieczorem dotarłem do La Paz. To że spałem w niezłej spelunce niedaleko dworca, to było do przeżycia, ale to, że mieszkałem nad nocnym klubem, o równie niewygórowanej renomie to już do zniesienia nie było. O 21.00 zaczęła się dyskoteka i trwała do 03.30 nad ranem. Wszystkie boliwijskie przeboje mam w jednym palcu, był taki huk, że nawet nie mogłem pomyśleć o tym, żeby zasnąć. Gdy mi się to już udało o 04.00, o 07.00 zadzwonił budzik. Szybko na dworzec autobusowy i cała sobota spędzona w autobusach.
Jak wsiadłem o 08.00 rano do pierwszego, to wysiadłem z trzeciego o 22.00, ale już w Peru.
 |
| Iglesia de Santo Domingo |
 |
| Sucre nocą |
 |
| Posąg Chrystusa w Cochabamba |
 |
| Tu znają się na rzeczy |
 |
| Na granicy |
 |
| Na granicy boliwijsko-peruwiańskiej |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz