wtorek, 15 października 2013

7. Isla del Sol - Wyspa Słońca

Z Aquas Calientes do Cuzco wróciłem wg tego samego schematu, czyli: taxi, taxi, autobus. Tym razem bez sensacji.
W Cuzco zdążyłem jeszcze zjeść zestaw obiadowy, czyli coś a`la rosół z grysikiem i frytkami!!! a na drugie - ryż po kubańsku, czyli ryż, jajko sadzone i smażone banany. Wyglądało to wszystko dziwnie, ale zjadliwe było.
O 22.30 (tym razem punktualnie) miałem autobus do Copacabany w Boliwii z przesiadką w Puno. Całość 11 godzin.
Oczywiście w autobusie znowu jakiś zonk. Siadła obok mnie starsza Indianka. Miała ubranych na sobie z sześć spódnic (no dobra, nie liczyłem), parę swetrów, chust i na dodatek owinęła się kocem, co uczyniło ją szerszą niż w rzeczywistości była i jako ta wisienka na torcie - na głowie czapka.  To wszystko sprawiło, że zajęła moją przestrzeń, bo nie mieściła się w swoim siedzeniu. OK, czułem, że mi trochę ciasno, ale dałem jakoś radę, nawet udało mi się zasnąć. Budzę się w nocy i czuję, że pani słodko opiera swoją głowę na moim ramieniu. No to się wkurzyłem. Już zaczynałem obmyślać jakiś plan pozbycia się balastu, a tu rozwiązanie przyszło szybciej niż się spodziewałem. Jak autobus wjechał w dziurę, a pięknie odbiła się głową od mojej kości, to chyba do końca podróży już nie zasnęła.
Przyjechaliśmy do Puno, tu było 1,5 godz. czekania na kolejny autobus, więc wyskoczyłem na targ, kupiłem 5 bułek ze swojskim serem, w barze dworcowym zamówiłem kawę i herbatę z koki i takie miałem śniadanie.
Przy samej granicy ciekawostka - leżał śnieg, tego to się nie spodziewałem.
Formalności na obu granicach przeszyły bardzo szybko, stąd było jeszcze 8 km. do Copacabany. I znowu musiałem czekać, tym razem na łódź na Wyspę Słońca znajdującą się na jeziorze Titikaka. Trochę zgłodniałem, więc zamówiłem specjalność tej nadmorskiej mieściny - smażonego pstrąga.
O 13.30 wypłynęliśmy, rejs trwał 1,5 godz. Po przypłynięciu okazało się, że tu tylko można wychodzić lub schodzić, innej możliwości nie było. Zero jakiegokolwiek pojazdu, jedyną siłą pociągową są tutaj osły. No    i oczywiście wszędzie kamienne schody, których miałem unikać. Niestety mój nocleg znajdował się wysoko na górze. Jak wyrwałem z plecakiem po tych schodach, a jak mnie zatkało to wiem tylko ja.  Zapomniałem, że wysokość sięgała tam ponad 4 000 mnpn. Myślałem, że mi płuca rozerwie, a wyglądałem jak ryba wyciągnięta z wody. No i robiłem przystanki chyba co 5 schodów. Jak wreszcie dotarłem do celu to usiadłem i tak siedziałem dobre 10 minut.
Zimno. Do przykrycia 3 koce. Dobrze, że miałem grzałkę to raczyłem się herbatą. Na drugi dzień poszedłem na obchód wyspy. Nic ciekawego, chociaż widoczki z wyspy fajne. Wróciłem po czterech godzinach i zabrałem się za czytanie książki. To jedyny plus tego pobytu.  Po dwóch noclegach postanowiłem wyjechać, z wyspy wypływają tylko dwie łodzie w ciągu dnia: o 10.30 i o 16.00. Wstałem rano wyszedłem jeszcze na krótki spacer, wróciłem o 09.20 i tak coś mnie tchnęło by sprawdzić czy aby czas peruwiański pokrywa się z boliwijskim. Otóż nie pokrywa się. W Boliwii trzeba przesunąć zegarek o godzinę w przód, więc była 10.25. Mogliście mnie widzieć jak leciałem po tych schodach, ale zdążyłem. I tak Mario globtrotter przez trzy dni żył czasem peruwiańskim w Boliwii. 
Z Copacabany maiłem autobus do La Paz, ale to już inna historia.


Na dworcu w Cuzco

Na dworcu w Cuzco

Wyspa Słońca

Wyspa Słońca

.

.

.

Widok na Wyspę Księżycową

Widok na Ancohumę (6429 m)

Ancohuma 

.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz